Skończyliśmy wczoraj czwarty sezon
„Gry o tron” i postanowiliśmy dzisiaj do tego nie wracać.
Istnieje coś takiego jak przesyt, jeśli sceny, scenografie czy
bohaterzy zaczynają pojawiać się w snach i myślach, jakby byli
częścią tego świata i trzeba by było przemyśleć ich sytuację,
rozwiązać jakiś problem.
Dzisiaj czytaliśmy dużo „Spóźnionych kochanków” (to znaczy ja czytałam, przerywając co jakiś czas
czy to kaszlem, czy smarkaniem w chusteczkę, lub małymi
chrząknięciami i przedmuchiwaniem nosa). Jacques opowiadał
swoją historię podczas malowania portretu Mirabelle. Poruszył mnie
w niej najbardziej wątek artystyczno – korporacyjny, nie tylko
dlatego, że jest mi bliższy sercu – po prostu historia miłosna,
nieważne jak szczęśliwa czy nieszczęśliwa by nie była, nie
interesuje mnie tak bardzo; nigdy historie miłosne mnie zbytnio nie
interesowały. Być może każda próba opisu indywidualnych uczuć
jest jak próba opisania boga – każdy odczuwa i przeżywa to
inaczej, a twoje „świadectwo wiary” wcale nie musi trafiać do
drugiej osoby, która ma to w głowie poukładane zupełnie inaczej.
(Kilimanjaro Darkjazz Ensemble pasuje jak ulał,
jako podkład muzyczny, dziękuję).
Wracając do motywu korporacji, myślę,
że trochę tego doświadczyłam, „liznęłam” kuszące
przeciętne życie, które wciąga powoli jak potworny wir, pozwala
na pozorne zaspokajanie wielkich potrzeb człowieka – rozwoju,
realizacji, rywalizacji, kreatywności, czy stosunków
międzyludzkich. Daje również poczucie ułudnego bezpieczeństwa
(finansowego, oczywiście).
Po śmierci taty bardzo pragnęłam się
w to wciągnąć, jednocześnie jakaś część mojej duszy
krzyczała, żebym jak najprędzej się stamtąd wydostała – to
pomysłem wolontariuszu, to podróżami za parę złotych. W końcu
postanowiłam zrezygnować z tego „bezpieczeństwa”, z tej
„strefy komfortu” i przyjechałam tutaj, do Pragi, myśląc, że
wszystko się odmieni.
Pozornie niewiele się zmieniło – znowu
pracowałam w korporacji - chociaż zaczęłam na dużo niższym
stanowisku i za dużo niższe pieniądze, po półtora roku
awansowałam już kilkukrotnie i zwiększyłam znacznie swoją
pensję. Lecz w środku zmieniło się znacznie. Praca zeszła na
najdalszy plan. Stała się niepoważną zabawą, za którą dostaję
pieniądze, by móc spędzać czas z przyjaciółmi, których grono
nagle mi się znacznie powiększyło i się bardzo zróżnicowało
(narodowościowo, wiekowo, społecznie i kulturowo); by móc
realizować się artystycznie (grając na basie, rysując, w domyśle
również pisząc); by móc chodzić na koncerty, poznawać i
przeżywać więcej; by móc poznać Ciebie, który wywróciłeś mój
świat do góry nogami, przeorganizowałeś, przewartościowałeś i
zespoiłeś ze swoim powywracanym światem.
Kiedy zrobiłeś śniadanie,
zaproponowałeś, żeby jednak włączyć jeden odcinek „Gry o tron”. Niechętnie się zgodziłam, jednak złośliwość rzeczy
martwych była po stronie naszego zdrowia psychicznego – pierwszy
odcinek piątego sezonu nie mógł się zbuforować na żadnej z
kilku stron internetowych, więc zrezygnowaliśmy i wróciliśmy do
lektury.
Mała przerwa i zabieramy się do
sprzątania. Idziesz się myć i chyba się na mnie denerwujesz, że
siedzę i piszę, bo co chwila coś do mnie mówisz, powtarzając
kilka razy tę samą rzecz. Już idę, kochany, uporządkujmy i
poukładajmy nasze wspólne głowy. (Naszą wspólną, kolektywną
głowę).
-----------------------------------------
Dziś wieczór z Horror w Arkham.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz